18)
Nie odzywam się nie
gniewam się nie
myślisz, piszesz, nie
tęsknisz może nie?
Pamiętaj o mnie nie
zapomnij o mnie nie
Kochaj mnie nie…
17)
Nie krzyczałam: wybierz mnie! Wybierz mnie!
Nie ogłosiłam się na Twoim niebie.
Ze wstydem schowałam się
w tłumie twarzy.
A mimo to
Znalazłeś mnie.
Leworęczną.
Dziwną.
Nieidealną.
Twoją.
16)
Nie byłam na spotkaniu,
Nie poszłam na koncert.
Siedziałam sama,
Ze swoimi myślami.
Skarciły mnie za bierność życia.
15) Kasztany – 29.09.09r.
Przyszła jesień.
Zmarzłam i mam:
kieszenie pełne rąk,
ręce pełne kasztanów,
kasztany pełne nadziei
na ciepłą zimę.
Naulodakash – część 6.
Po drodze dobrze mu się przyjrzałam. Wyglądał niesamowicie egzotycznie. Był bardzo wysoki niczym koszykarz i dobrze zbudowany, ale bez przesadnej muskulatury. Jego skóra w kolorze kawy z mlekiem lśniła odrobinę w świetle żarówki z mojej latarki. Włosy, poza grzywką, miał dość krótkie. Uścisk jego dłoni był silny i zdecydowany. A fakt, że był przede mną w stroju Adama, wcale mnie nie gorszył.
Przemknęło mi przez głowę pytanie, jak ja się prezentowałam. Moje brązowe, prawie rude włosy pewnie były w artystycznym nieładzie, oblepione mułem. Tak samo ciuchy. Przy nim, czystym jak łza, wyglądałam na dzikuskę. Poprawiłam zjeżdżające z nosa okulary i uśmiechnęłam się lekko. Przynajmniej dowiodłam jednego: na wyspie był ktoś jeszcze, czułam go przecież dokładnie koło siebie.
Ciekawe, czy on potrafi mówić, a jeśli tak, to w jakim języku. Nie musiał przecież rozumieć mojego kontynentalnego angielskiego czy łamanego francuskiego, którymi się posługiwałam. Strasznie chciałam go wypytać, skąd się wziął i co tu robi, ale bałam się, że moja paplanina może go zniechęcić, więc milczałam.
Po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że on wcale nie prowadzi mnie do znajomych – maszerowaliśmy już dość długo, by choćby zauważyć dym z ogniska. W dodatku w ogóle nie zbliżaliśmy się do żadnej z piaszczystych plaż.
- Dokąd mnie prowadzisz? - zapytałam nagle. On powiedział jakieś słowo w dziwnym języku, od brzmienia którego dostałam dreszczy. Dodał coś jeszcze, ale co miał na myśli, nie miałam zielonego pojęcia.
Byłam już zmęczona i porządnie zmarznięta, marzyłam więc o tym, by się przebrać i położyć spać. Nieznajomy jednak brnął na przód, nie zważając na mój stan zdrowia. Zdawał się widzieć wśród identycznych krzaków jakąś drogę. Czułam, jak pnącza chwytają mnie za ubranie, spowalniając i tak żałosne tempo mojej wędrówki. Liście smagały mnie po twarzy, zostawiając na niej krople wody. Kilka z nich dostało się do moich oczu. Zamrugałam gwałtownie i je przetarłam. Puściłam przy tym jego rękę. Nie widząc, gdzie idę, szłam dalej, trąc powieki.
Wtem wpadłam wprost na mojego towarzysza. Mężczyzna przytrzymał mnie, bym od siły uderzenia nie upadła. Uśmiechał się promiennie. Wskazał ręką polanę nad rzeką przed nami. Wytężyłam wzrok w słabym świetle i aż mnie zatkało.
Rzeczka, wypływająca gdzieś ze źródła na górze w głębi wyspy, spadała tutaj kaskadą, rozlewając się w małe, urocze jeziorko. Nad jego brzegiem stało rozłożyste drzewo. Między jego konarami zauważyłam coś jakby legowisko z liści i gałęzi, a wyżej – priowizoryczny dach, pokryty wielkimi paprociami. Byłam pod wrażeniem, naprawdę. Jak na faceta utrzymywał wkoło wielki porządek.
On poruszył znacząco brwiami i wskazał miejsce do spania. Skinęłam głową zachęcająco. On tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej, pokazując równe, białe zęby. W mojej głowie powstało pytanie, jak wejdę tak wysoko. Nie byłam żadną wybitną sportsmenką, a tym bardziej alpinistką. Odpowiedź znalazła się równie szybko – nieznajomy chwycił mnie w pasie i przytrzymał, bym mogła uwiesić się na jego szyi. A sam sięgnął pod jedną z wielu lian zwisających z drzewa i z dziecinną łatwością wwindował nas na górę.
- O rany – wyrwało mi się. Z dołu nie wyglądało to na takie wielkie. Tymczasem drzewo było naprawdę okazałe, także w koronie było faktycznie dużo miejsca. Przemknęło mi przez myśl, że musiał on się tu strasznie nudzić, sam na takiej ogromnej wyspie…
Gdy przyzwyczaiłam się już do wysokości i usiadłam odpowiednio daleko, by nie spaść, mężczyzna przyniósł mi coś do picia w połówce orzecha kokosowego. Podziękowałam i spróbowałam. Dopiero kiedy opróżniłam czarkę pomyślałam, że wywar mógł być zatruty. Ale nie poczułam się potem źle, wprost przeciwnie – napój dodał mi sił i odegnał część zmęczenia. Przeciągnęłam się i patrzyłam, jak on krząta się, robiąc nam kolację. Uświadomiłam sobie, ile czasu minęło, nim ostatni raz coś jadłam. Jak tylko dostałam do rąk ogromny liść, pełny kawałków najróżniejszych owoców, zabrałam się do jedzenia. Poznałam banany i cząstki kokosa, ale reszta smaków była dla mnie nowością. Niemniej, sałatka była pyszna, także zjadłam cały mój przydział. On patrzył na mnie z zadowoleniem, gdy pałaszowałam.
Po posiłku przysunął się bliżej mnie i położył sobie znacząco rękę na piersi.
- Naulodakash – wypowiedział płynnie. Uznałam, że tak właśnie się nazywa.
- Emily – przedstawiłam się, wykonując ten sam gest, co on. Powtórzył moje imię kilkakrotnie, jakby badał jego brzmienie.
Od razu skróciłam jego imię do Naulo – tak było mi łatwiej je zapamiętać i wymówić. Po chwili zasygnalizowałam mu, że jestem zmęczona. Ułożyłam się wygodnie na liściach i zasnęłam. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach, a Naulo nie pozwoli mnie skrzywdzić.
Naulodakash – część 5.
Obudził mnie piekielny ból głowy. Leżałam w niewygodnej pozycji, w mokrych od błota ubraniach. Potarłam dłonią czoło, próbując zminimalizować wrażenie, że czaszka zaraz mi się rozpadnie. Wyczułam na palcach coś wilgotnego. W całkowitych ciemnościach przysunęłam rękę do twarzy. O rany, krew? W dodatku moja. Musiałam znów się potknąć i upaść, rozbijając sobie głowę. Rozejrzałam się wokoło. Ciemno, czarno, mrocznie, niemal strasznie. Wymacałam latarkę, która po upadku wylądowała niedaleko mnie. Na szczęście, działała. Gdy tylko ją zapaliłam, wrzasnęłam.
Tuż przede mną stał wysoki mężczyzna, kompletnie nagi.
Wrzasnęłam raz jeszcze, gdy on pochylił się i spróbował mnie podnieść. Odepchnęłam go, jeszcze raz lądując na ziemi. Zasłoniłam rękami twarz. Miałam nadzieję, że to tylko straszny sen, z którego lada moment się obudzę. Szczypnęłam się w policzek. Nie pomogło, wciąż tkwiłam w tym samym miejscu.
Nieznajomy przyglądał mi się uważnie. Odwzajemniłam spojrzenie, wyzywająco wysuwając podbródek do przodu. W jego niesamowicie zielonych oczach, które zdawały się świecić w ciemności, wyczytałam… troskę. Przekrzywił głowę, a wtedy czarna jak smoła grzywka opadła mu na jedno oko. Nie mogłam się nie roześmiać. Mimo, że był wielki, wyglądał tak niewinnie i tak zabawnie. Przestałam chichotać, gdy wyciągnął zapraszająco dłoń. Zastanowiłam się chwilę: co mam do stracenia? Hm, cóż, prawdopodobieństwo, że zrobi mi krzywdę, było spore. Ale ponieważ głęboko wierzyłam w ludzką dobroć, pozwoliłam mu się podnieść. Wydawał się sympatyczny, choć nieco zagubiony i onieśmielony, jak ja.
– Mógłbyś zaprowadzić mnie do mojego obozowiska? - zapytałam go, gdy już postawił mnie na nogi i sprawdził, czy czegoś sobie nie uszkodziłam. Zrobił pytającą minę. Spróbowałam w innym języku. Wciąż bez rezultatu.
Widząc zagubienie i uprzejme zainteresowanie malujące się na jego twarzy, użyłam sposobu starego jak świat. Na migi wskazałam mu siebie, a potem jego, moje palce przespacerowały się po dłoni w geście chodzenia, a obie ręce złożone pod policzkiem symbolizowały spoczynek. Chyba zrozumiał, bo uśmiechnął się szeroko i kiwną głową. Wskazał ręką dróżkę nie różniącą się niczym od innych i pociągnął mnie delikatnie za sobą.