Naulodakash – część 4.

Wrzesień 9, 2009 at 10:00 (Naulodakash) (, , , )

Nie pamiętam, czy był to nasz szósty czy siódmy tydzień pobytu. Wiem tylko, że mozolne kopanie wreszcie się opłaciło. Richard, najbardziej z nas wszystkich zawzięty, natrafił czubkiem szpadla na coś metalowego. Uznaliśmy to za dobry znak. Wróciła nam nadzieja, a z radości upiliśmy się rumem, przywiezionym przez tubylców.

Byłam trochę wstawiona, a mimo to zdecydowałam się na spacer w dżungli. To był jeden z niewielu bezdeszczowych dni, a i noc zapowiadała się sucha. Włożyłam ciężkie buty, które dawno straciły swój oryginalny kolor, a do kieszeni szerokich spodni wsunęłam latarkę. Pożegnałam się z wszystkimi i, z życzeniami miłego chodzenia, wyruszyłam.

Zachodzące słońce nadawało drzewom nieco upiorny, czerwonawy wygląd. Niezrażona, brnęłam dalej. Przez czas pobytu tutaj zdążyłam dość dobrze poznać teren wokół naszego obozu. Jednak teraz postanowiłam zapuścić się nieco dalej – nie wiadomo przecież, jakie tajemnice mogła skrywać ta wyspa. Od miejscowej ludności wiedziałam, że jako jedyna jest niezamieszkała – aż do teraz, gdy pojawiliśmy się my. Ponieważ Djamancja jest największa w całym Archipelagu Wysp Demonich, była uznawana za miejsce kultu demonów. Jak zrozumiałam, były to zagubione dusze osób, które zginęły na morzu. Wzdrygnęłam się na samą myśl o pogańskich ofiarach. Nie przepadałam za widokiem krwi.

Byłam zbyt zamyślona, by zauważyć wystający z ziemi korzeń i, oczywiście, potknęłam się. Z krzykiem wylądowałam w błocie. No, pięknie. Wstałam i bezskutecznie próbowałam wyczyścić ukochane spodnie z mułu. Westchnęłam ciężko i zaklęłam cicho pod nosem. Świetnie. Po prostu świetnie.

W dodatku nawet nie wiem kiedy zrobiło się ciemno. Z przemoczonego ubrania wyciągnęłam latarkę. Wyglądała na nieuszkodzoną, ale nie chciała się włączyć. Wyzywając ją od najgorszych, wyciągnęłam baterie i przyjrzałam się im dokładnie. No tak. Były wyłożone na odwrót. Zmieniłam ich położenie, zamknęłam klapkę i znów spróbowałam ją włączyć. Tym razem zadziałało. Oczywiście, światło żarówki z miejsca mnie oślepiło. Cóż, jak pech, to pech.

Przecierając oczy brudnymi dłońmi, rozejrzałam się wokół. Nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego gdzie jestem i jak się tu dostałam. Wypatrując drogi powrotnej, wydawało mi się, że zauważyłam coś w krzakach. Ruszyłam w tamtym kierunku, gotowa uciec w przeciwnym kierunku w razie niebezpieczeństwa. Poczułam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Skarciłam się w duchu. “Nie, wariatko. Spokojnie” – pomyślałam – “przecież wszyscy zostali na obozowisku, które jest… gdzieś tam”. Nie odwracając się w stronę, z której przyszłam, ruszyłam za tajemniczym poruszeniem wśród zarośli. Wiedziałam, że nie ma tu zbyt wielu dzikich zwierząt, a demonów się nie bałam. Cóż złego może mi się stać?…

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Naulodakash – część 3.

Wrzesień 6, 2009 at 10:00 (Naulodakash) (, , , )

Czas przed podróżą na Djamancję pamiętam jak przez mgłę. Na nogach trzymałam się chyba tylko dzięki kawie i rozmowom telefonicznym z moją mamą.

– Ale ja ci kochanie zawsze powtarzałam, że ten cały Peter nie jest dla ciebie… - Rodzicielka powtarzała mi to co noc. Powoli godziłam się z tym faktem, w miarę jak wynosiłam z mieszkania kolejne rzeczy należące do mnie.

W samolocie zmierzającym na wyspę wreszcie odprężyłam się. Zostawiłam za sobą przeszłości i czekała mnie tylko przyszłość. Bardzo liczyłam na to, że poznam jakiegoś uroczego tubylca.

Po prawie ośmiu godzinach lotu i niezliczonych minutach na motorówce, dotarliśmy na Djamancję. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie – nawet najdokładniejszy opis nie odda tego, co zobaczyłam. Wyspa sprawiała wrażenie dzikiej i niedostępnej, a puszcza, która pokrywała prawie cały teren, zdawała się nieprzebyta i nieskalana ludzką obecnością. Jak i kto w takich warunkach chciał przeprowadzać wykopaliska?! Przez moment zawahałam się, czy aby na pewno podjęłam właściwą decyzję, przenosząc się tutaj na najbliższe sześć miesięcy. (Mamę to trochę przerażało – wszak nie było tu dostępu do Internetu czy telefonu, a statki kursowały tylko raz w tygodniu).

Moje wątpliwości zostały szybko rozwiane, gdy zobaczyłam nasze obozowisko. Porządne namioty-hangary z grubego płótna, prawie jak na biwaku… Podoba mi się! Od razu rozpaliliśmy ognisko. Było nas w sumie piętnaścioro, każdy równie młody i niedoświadczony jak ja. Szybko zapamiętaliśmy swoje imiona, a kiedy ktoś otworzył butelkę z czymś mocniejszym, zostaliśmy kumplami na dobre i na złe.

Praca, z początku ciekawa i wciągająca, z każdym dniem robiła się coraz bardziej monotonna. Dżungla. Deszcz. Błoto. Drzewa. Kopanie. Więcej deszczu. I jeszcze więcej błota. I żadnych rezultatów, choć mieszkańcy pobliskich wysp zarzekali się, że słyszeli nocami dziwne dźwięki. Ktoś z bardziej cywilizowanych wybrał się nawet na wyspę z wykrywaczem metali. Podobno coś wykrył. I właśnie w tym miejscu kopaliśmy. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Bardzo szybko na dłoniach zrobiły mi się odciski od ciężkiej łopaty. Marzyłam o wzięciu ciepłego prysznica, zamiast kąpania się w słonym, tropikalnym morzu i zimnych ablucji pod miejscowym wodospadem.

I tęskniłam bardzo za telewizją – czasy spędzone na oglądaniu głupawych seriali i jeszcze głupszych filmów wydały mi się strasznie odległe…

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Naulodakash – część 2.

Wrzesień 3, 2009 at 10:00 (Naulodakash) (, , , )

Samoloty… uwielbiam ten sposób podróżowania. Wszystko ładnie, prosto, szybko, a za wyjazdy płaciłam z zaoszczędzonych pieniędzy ze stypendium.

Rozsiadłam się wygodnie w fotelu i pociągnęłam łyk kawy. Nawet jej gorzki smak nie mógł popsuć mi podwójnej radości: wyjeżdżam na wymarzone wykopaliska, a za kilkanaście minut zobaczę się z moim ukochanym.

Owszem, wtedy płakałam właśnie przez Petera. Ale przeprosił mnie, gdy przestałam się odzywać przez kilka dni. Nie znoszę się z nim kłócić, przecież tak bardzo go kocham. Ale jak mam nie robić awantury o to, że gdy dzwonię do NASZEGO mieszkania, odbiera jego eksdziewczyna?… No, właśnie.

No i wylądowaliśmy. Browcape, moje kochane miasto. Choć nazwa sugeruje wybrzeże, byliśmy całe mile od najbliższego morza. Z lotniska do domu zabrałam się taksówką – nie martwiłam Petera moim przylotem, była zbyt późna godzina.

Och, przyjemnie znów zobaczyć dobrze znanego stróża nocnego. Pomachałam mu i weszłam do apartamentowca zamieszkiwanego przeze mnie i mojego chłopaka. Moje kroki zadudniły na schodach, choć starałam się być cicho. Otworzyłam drzwi kluczem z Myszką Miki i wsunęłam się do mieszkania. Postawiłam walizki na podłodze i odetchnęłam. Nie zdejmowałam butów ani kurtki, tylko od razu ruszyłam do pokoju. Jednak zamiast cichego pochrapywania Pet’a, słyszałam w sypialni jakieś głosy. “Ok” – pomyślałam – “Pewnie znów zasnął, oglądając telewizję”. Wzruszyłam ramionami i podeszłam do drzwi.

- Kochanie?… Śpisz?… - Pchnęłam klamkę, szepcząc. Weszłam do środka i oniemiałam.

W moim prawie-małżeńskim łóżku, przytulona do mojego prawie-męża, leżała prawie-naga Nicole!

Momentalnie we mnie zawrzało. Ale zamiast zacząć krzyczeć i rzucać czym popadnie, zmierzyłam go najzimniejszym spojrzeniem, na jaki było mnie w tej chwili stać, i wysyczałam przez zaciśnięte wargi:

- Jeszcze będziesz tego żałował.

W porządku, może to nie jest najlepsze, co mogłam powiedzieć, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Poczułam się zdradzona na całej linii. Oszukana. Wykorzystana. Miałam wrażenie, jakby ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody.

- Ale ja… – zaczął Peter, lecz ja nie miałam ochoty tego słuchać.

Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam, tak po prostu. Z mieszkania, ze związku z Peterem, z całego mojego dotychczasowego życia. W biegu porwałam walizy i, uginając się pod ich ciężarem, poszłam szukać sobie miejsca gdzie indziej.

Piętnaście minut później zameldowałam się w najbliższym hotelu. I, tak jak przed kilkoma dniami, padłam na łóżku, zalewając się łzami.

Słowo daję, przydałby mi się psychoanalityk.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Naulodakash – część 1.

Sierpień 31, 2009 at 10:00 (Naulodakash) (, , , )

Telefon dzwonił i dzwonił. Przecinał ciszę hotelowego pokoju swoim donośnym brzęczeniem. Ktoś bardzo mocno chciał się ze mną skontaktować.

Jęknęłam cicho i naciągnęłam na głowę poduszkę. Leżałam w łóżku od dobrych czterech godzin i przeżywałam swoje malutkie załamanie nerwowe, a jakiś durny telefon nie powinien mi w tym przeszkadzać. Spojrzałam na niego oskarżycielsko spod podpuchniętych powiek. Niewzruszony dzwonił dalej. Ze zrezygnowaniem pokręciłam głową i cisnęłam w niego trzymanym w ręce jaśkiem.

Mój rzut był aż nazbyt celny – przypadkowo uruchomiłam rejestr poczty głosowej. Znieruchomiałam w pościeli, słysząc nieznajomy, męski głos. W pierwszej chwili nie zrozumiałam żadnego słowa. Potem zaczęłam się wsłuchiwać i na mojej zmęczonej twarzy, pokrytej rozmazanym makijażem, pojawił się delikatny uśmiech.

- …I dlatego zainteresowaliśmy się z Panią… Proszę oddzwonić zaraz po wysłuchaniu tej wiadomości – oznajmił głos, zadowolony z siebie, po czym wyrecytował numer, pod którym miałam się z nim skontaktować.

Czekaj, czekaj, wróć! Po kolei. O co chodziło? Poderwałam się z wielkiego łoża i wcisnęłam przycisk “odtwarzaj” w telefonie.

A później… chyba zapiszczałam radośnie. Podskoczyłam kilka razy w miejscu. Krzyknęłam coś niecenzuralnego. Słowem: ucieszyłam się jak małe dziecko.

Jak tylko przeszła mi radość, włączyło się racjonalne myślenie. “Emily” – powiedziałam do siebie – “Weź się w garść i zrób coś wreszcie!”. Chwyciłam słuchawkę i niemal jak w transie oddzwoniłam.

- Dziękuję bardzo za telefon, droga pani Howthes. Właśnie została pani zakwalifikowana do badań archeologicznych na wyspie Djamancji. Badania potrwają co najmniej pół roku. Wyjeżdża pani za trzy tygodnie. Bilet podróżny i wszelkie dokumenty prześlemy pani pocztą na adres domowy. Rozumie pani? Halo?… Halo, proszę pani?… – zaniepokoił się mężczyzna.

- Przepraszam pana bardzo. Zaniemówiłam z wrażenia – odparłam uspokajająco.

Poczułam kolejne łzy, spływające mi po policzku. Tym razem nie z żalu, a z radości.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

31. R. IX

Sierpień 14, 2009 at 10:00 (Do R., Listy) (, , , , , , , , , )

Drogi R.!

Nie ma to jak wakacje z Tobą. Razem, a osobno. Bo co to za wyjazd bez Ciebie? Nijak się nie da.
Chyba jestem zbyt dziecinna.

Dobrze wiesz, za kim i za czym tęskniłam najbardziej. A to wcale nie jest takie łatwe do przewidzenia.
I tak bardzo ucieszyłeś się, gdy wtedy zaprotestowałam.
Bo noc jest Twoja, tak? Ja mogę być niewyspana i nieprzytomna następnego dnia, a noc wciąż jest Twoja.
Słodkie i szczere.

Mogłabym zadziwić wszystkich wokół, wysyłając Tobie dziwaczny prezent. A Ty i tak byś wiedział, co oznaczają czarne japonki.

Wiesz, tydzień poza granicami kraju to dla mnie trochę za długo.
Ale z Tobą mogę mieć wieczne wakacje.
To dokąd jedziemy następnym razem?

Twoja Cineva, nu eu

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

30. A. VII

Sierpień 9, 2009 at 10:00 (Do A., Listy) (, , , , , , , , )

Kochany Króliczku!

Mam nadzieję, że przestały Cię dziwić (i martwić) moje niespodziewane telefony po północy. Nie, nie jestem w innej strefie czasowej niż byłam do tej pory. Wszystko jest też ze mną w porządku. Po prostu, mam w zwyczaju o tej porze chodzić spać w wakacje. Hm, cóż, przynajmniej wiesz, co się u mnie dzieje.
No i… znów znalazłam rozmówcę, z którym mogę pisać godzinami. I jest wesoło, wiesz? Jest dużo “xD”, “lolów” i innych. I… w ogóle. Rozumiesz.

Nie mając kompletnie pojęcia co robisz w tej chwili zawodowo, piszę. Rysuję. Trochę skreślam, ale tylko pomyłki – resztę raczej dobrze i do końca przemyślałam. Mam Ci coś do dania (ale nie z kategorii: “nie do wynajęcia”). I myślę, że wiesz, o co chodzi. Tak, jestem tego pewna.

I nieważne, kto miał rację.

Z pozdrowieniami,
Cineva, nu eu

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

« Previous page · Next page »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.