Tekst 1. Marzenia
Wszystko zaczęło się, gdy był mniej więcej w moim wieku.
Wyglądał całkiem zwyczajnie: blond włosy, zielone oczy, normalna budowa ciała. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, a mimo to, nie był zbyt lubiany wśród swoich rówieśników. Był zagubiony w świecie codziennych problemów w stylu kartkówek z biologii, czy odpytywania z historii. Nie pasował tam. Jego głowę zaprzątały zgoła odmienne myśli. Martwił się sensem życia. Rozważał problem istnienia dobra i zła. A przede wszystkim… marzył.
I nie ukrywał tego.
Gdy budził się rano, zamiast ciasnego pokoju, który dzielił ze starszą siostrą, widział spory i ładnie urządzony apartament. Gdy biegał zmęczony za piłką na WF-ie, widział siebie zdobywającego Mistrzostwo Świata wraz z najlepszą drużyną.
I najważniejsze – w jego marzeniach pewna dziewczyna zwróciła na niego uwagę.
Cały jego świat był jednym, wielkim marzeniem.
Jednego poranka obudził się z przekonaniem, że coś się w jego życiu zmieni. Na lepsze.
Kiedy tylko uniósł głowę z poduszki, miał wrażenie, że wciąż śni. Wszystko wokół wyglądało jak w jego marzeniach o pięknym domu. Nie mógł wyjść z podziwu. Jednak rozsądek podpowiadał mu zachowanie ostrożności. Udając, że nic się nie stało, ruszył do szkoły.
Tam też zaszły zmiany. Wiecznie wredni nauczyciele stali się o niebo lepsi i sympatyczniejsi. W klasie ktoś wreszcie zauważył jego istnienie i to nie w odniesieniu do pożyczania od niego czegokolwiek.
A na dużej przerwie… odbył jedną z najważniejszych i najmilszych rozmów w swoim życiu.
Do domu wrócił pełen optymizmu, skrzętnie notując datę tamtego dnia jako najlepszego w całym jego życiu.
Na próbę chwycił w dłonie skrzypce. Rodzice zmuszali go do nauki gry na tym instrumencie, mimo jego licznych protestów. Wcześniej gra w ogóle mu nie wychodziła. A teraz… muzyka popłynęła w przestrzeń, zmieniając wszystko.
Gdy wreszcie poszedł spać, miał głowę tak pełną myśli, że z trudem zasnął.
A rano wszystko zniknęło. Wrócił do szarej, nudnej, smutnej rzeczywistości. Westchnąwszy głęboko, zwlókł się z łózka. Za oknami lało jak z cebra.
Każdy na jego miejscu załamałby się. Rzadko zdarza się tak brutalne sprowadzenie kogoś na ziemię. To było takie niesprawiedliwe…
Ale on tak nie myślał.
Wiedział, że ta wizja dnia i świata idealnego musi coś oznaczać. I bynajmniej nie chodziło o to, że oszalał.
Zmotywowało go to do pracy. Nad sobą, życiem, relacjami z bliskimi i znajomymi. Doszedł do wniosku, że to wszystko zależy od niego, jeśli tylko tego chce.
Pewnego dnia, gdy był już w podeszłym wieku, usiadł przy biurku, jak niegdyś jego ojciec i dziadek. Wyjął z szuflady stary, poniszczony dziennik z tamtą pamiętną datą. Wyciągnął długopis i zaczął pisać.
Pisał dwa dni i dwie noce, robiąc przerwy tylko na posiłki, które przynosiła mu ukochana żona – jego szkolna miłość.
I wreszcie skończył.
Spisał całą historię swojego życia.
Ostatni akapit zakończył stwierdzeniem aktualnym po dziś dzień:
Nigdy nie bój się marzyć.